www.VD.pl dzieci| bistro mama bistro mama: dzieci - Wszystkie posty
Print Friendly Version of this pagePrint Get a PDF version of this webpagePDF
dzieci
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Stajnia na Warszawskiej

Stajnia na Warszawskiej


Mój pobyt w Stajni na Warszawskiej to trochę przypadek, trochę szczęścia, trochę splotów różnych okoliczności. Zacznę od tego, że choć wychowałam się na wsi i kontakt ze zwierzętami miałam codziennie, to od zawsze bałam się koni. Uwielbiałam na nie patrzeć, głaskać, podziwiać oczy, ale przerażała mnie ich masa i siła. Nigdy nie czułam potrzeby, żeby na nich jeździć. 

Mam kolegę z czasów szkoły średniej, z którym po 20 latach odnowił mi się kontakt. Miał trafić do kogoś innego, a wszedł do mojego biura. Patrzy na mnie i mówi: Justyna? Ja na niego i mówię: Mariusz? Zaczęliśmy rozmawiać i tak od słowa do słowa... On mówi, że ma stadninę, że zaprasza do polubienia na FB, że zaprasza do odwiedzin, że fajnie tam mają, a będzie jeszcze fajniej...  Dziękowałam uprzejmie i mówiłam, że może kiedyś. No nie do końca moja bajka...

W tym roku trzeci tydzień urlopu, jak zwykle miałam spędzić w Opolu. Kiszę wtedy ogórki, myję okna, nadrabiam przepisy, zdjęcia, zakupy i szykuję się powoli na powrót do pracy. Od kilku lat schemat się powtarza - dwa tygodnie w terenie, tydzień ja z dziećmi w domu, mąż w pracy. Spokój, rutyna, no tak jak lubię. I byłoby wszystko tak samo, gdyby nie polubiony przeze mnie profil Stajni na Warszawskiej  i zdjęcia pokoi dla gości, które się wyświetliły. Pomyślałam: a może tak zabiorę dzieci i pojadę na kilka dni? Ogórki zdążę zrobić, okien nie umyję, nie posprzątam, świat się nie zawali, a przynajmniej rodzinne strony odwiedzę. Z dziećmi na miejscu pogotuję. Bo o koniach jakoś specjalnie nie myślałam.

Pojechałam z trójką dzieci (dwoje moich i kolega Frania). Najpierw odwiedziliśmy głubczycki basen, na którym ostatni raz byłam pod koniec ubiegłego wieku. I nie ukrywam - im bliżej zameldowania w Stajni, tym większy miałam ścisk w żołądku i myśl, co ja tam w sumie będę robić...

O jakie było moje zdziwienie w dniu wyjazdu. Jaki w sercu miałam smutek, że to już koniec i trzy dni uciekły jak mrugnięcie okiem. W dniu, w którym przyjechałam wpadłam do magicznej szafy. Inaczej tego nie nazwę. A dzieci razem ze mną. Przeżyłam tam piękny czas, poznałam cudownych ludzi. Szaleńców, zapaleńców, wariatów! Nie obraźcie się na mnie Asiu, Mariuszu, Jarku, Violu, Aniu... i Zdzisiu. Tworzycie miejsce, do którego ciągną ludzie z całej Polski. Przeczytałam opinię na Google i na Bookingu. To nie tylko moje zdanie i nie tylko moje odczucia. Stajnia na Warszawskiej to nie tylko miejsce, gdzie można wykupić jazdę konną. To miejsce z cudownymi ludźmi, którzy mają czas dla swoich gości, którzy zwyczajnie tych gości lubią i chcą, aby czuli się jak u siebie. 

Jak już tak posłodziłam, to dodam jeszcze, że praktycznie nie miałam tam dzieci, choć pojechałam z trójką. Dzieci czują się tam jak na wakacjach u babci na wsi. Jest stodoła ze specjalnym placem zabaw z siana i całym torem przeszkód, są gokarty... są koty i jest pies Mike. Jak to powiedział Franek: to jest najmądrzejszy pies, jakiego poznał. Najwierniejszy przyjaciel, spokojny i do zagłaskania, a przy tym pies, który gra w piłkę jak szalony, choć jego wiek wskazuje już na psią emeryturę. 

Ja wstawałam rano, przed dziećmi. Jak nie ja, bo ja nie jestem ani sową, ani skowronkiem. Lubię wcześnie chodzić spać i lubię rano dłużej pospać. A tu wstawałam po szóstej, bo wiedziałam, że pan Jurek będzie wyprowadzał konie na łąkę. Najpierw załapałam się przypadkiem, a później już czekałam na pana Jurka. I ta ja, która nie dość, że lubi pospać, to i do koni jej nie ciągnie, wstawała rano, żeby przeżyć te piękne poranki, usłyszeć przy uchu rżenie i zobaczyć jak wybiegają na pastwisko. Jakie są przy tym majestatyczne, silne i wolne. 

Później szłam na kawkę i najczęściej spotykałam kogoś, kto przy tej kawie mi towarzyszył. Kuchnia jest wspólna dla wszystkich mieszkańców, świetnie wyposażona z lodówkami dla gości. Nikt nikomu w drogę nie wchodzi, a jak mleka do kawy zabraknie to zawsze ktoś trochę pożyczy, zagada, uśmiechnie się. Obiady można gotować samemu, a można też chodzić do miasta (albo zamówić na dowóz).  A Stajnia jest jakby w mieście... Trochę tak, że jak się siedzi przed tymi cudnymi drzwiami z agroturystyki, to miasto jest z tyłu, a wieś z przodu. Hałasu miejskiego zero, przed tylko stodoły, pola i konie, a jak do sklepu potrzeba, to w klapkach idzie się w drugą stronę 200 metrów. 

W jedno przedpołudnie potowarzyszyłam dzieciom z przedszkola w warsztatach kulinarnych. Bo gdybym chciała napisać, że je prowadziłam, to chyba trochę bym skłamała ;) Dzieci cudnie dawały radę, pomagały panie przedszkolanki i Viola z córką, bez których bym przepadła... Smażyłam pankejki, dzieci zajadały aż miło, robiły deserki i testowały różne smaki. Byłam pod wrażeniem, z jaką otwartością i chęcią próbowały to, czego nie widziały, bo miały zawiązane oczy. Te warsztaty to była taka chwila, kiedy czułam, że nie mogłam trafić do piękniejszego miejsca i do lepszych ludzi. Myślałam że jak opiszę to z perspektywy czasu, to emocje mi trochę opadną, ale nic z tego. Piszę i uśmiecham się do siebie na wspomnienie tych chwil. Dziecięcy gwar, piękna klimatyczna wiata, siodła jeździeckie na płotku, w tle galopujący koń... Takie momenty zatrzymuję w sercu na zawsze. 

Zostawiam Wam namiary na Stajnię na Warszawskiej. 
To moje zadośćuczynienie za to, jak sceptycznie podchodziłam do tego miejsca. 

ul. Warszawska 29
49-100 Głubczyce 
📧 stajnianawarszawskiej@wp.pl 

794 440 312 Jarek Zagwocki - Sprawy organizacyjne i nocleg
667 750 886 Mariusz Mielnik - Urodziny i imprezy

Nie wiem jak z obłożeniem pokoi i jazdą konną, ale to wszystko można ustalić telefonicznie, albo dostępność sprawdzić na booking.com

Zobaczcie na stronie galerię zdjęć pokoi.  Ja niestety nie zrobiłam zdjęć w środku, a te pokoje są przepiękne! Klimatyczne, rustykalne, z dbałością o detale. Wiele mebli jak autentycznie starych, ale wspaniale odnowionych. Podłogi zapierają dech w piersiach, a schody prowadzące na piętro, to już w ogóle bajka. To wszystko zobaczycie na stronie, a tu zapraszam do obejrzenia tych zdjęć, które w czasie mojego pobytu udało mi się zrobić :) Przestrzeń wokół jest ogromna i piękna. Teren jest fantastycznie zagospodarowany (ile to czasu właścicielom zajęło wiedzą tylko oni ich bliscy...). 

Oprócz oferty, którą znajdziecie na stronie, jest jeszcze coś. Lekcja darmowej ludzkiej życzliwości. Będę tam wracać tak często, jak tylko będę mogła.  




































Gofry kakaowe z truskawkami

Gofry kakaowe z truskawkami


Ostatnia chwila na truskawki. W tym roku mogę powiedzieć: najadłam się na zapas i zaspokoiłam wszystkie truskawkowe zachcianki! Truskawki były same, gniecione widelcem, były koktajle, pierogi, knedle, naleśniki. Było ciasto z truskawkami, truskawki w sałatce i kanapki z truskawkami. Można zakończyć sezon goframi. 

Przepis na gofry mam jeden i na nim bazuję. Podstawowy to TEN. Z książeczki, która była dołączona do takiego urządzenia 3w1, co to ma wymienne wkładki. Nie mam żadnej profesjonalnej gofrownicy, a gofry wychodzą mi jak marzenie :) Tylko trzeba się trochę na nie naczekać, bo upieczenie dwóch zajmuje 10 minut. 

Pierwsze idą więc od razu do zjedzenia, bo przecież spokoju by mi nie dali, gdybym zaczęła robić gofry, a później zdjęcia. A tak dwa na zapchanie i później mogą spokojnie czekać. O dzieciach tu piszę, oczywiście. 

Do gofrów, naleśników czy ciasta pierogowego z dodatkiem kakao bardzo mi pasują owoce czerwone, a truskawki przede wszystkim. Niby nic, trochę kakao, a zmiana w smaku ogromna. Teraz czekam na jagody, a zaraz po jagodach na śliwki!


Składniki: 
  • 1 i ¾ szklanki mąki pszennej (ok. 260 g)
  • 1 łyżka cukru pudru 
  • 2 łyżki ciemnego kakao 
  • 2 szklanki mleka (500 ml)
  • 1/3 szklanki oleju (80 ml)
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 2 jajka (białka osobno)
  • szczypta soli
  • olej do wysmarowania gofrownicy
dodatki: 
  • truskawki
  • biała czekolada (roztopiona w kąpieli wodnej) 
  • bita śmietana
  • pistacje 
Przygotowanie: 
  1. Białka oddzielamy od żółtek i przekładamy je do szklanej miski. 
  2. W osobnej, większej misce miksujemy na gładką masę pozostałe składniki, tj. mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia, kakao, mleko, olej, cukier, żółtka i szczyptę soli. 
  3. Białka ubijamy na sztywną pianę, przekładamy do ciasta i delikatnie łączymy za pomocą szpatułki lub drewnianej łyżki. 
  4. Nagrzewamy gofrownicę i smarujemy wewnątrz olejem. 
  5. Wlewamy ciasto i pieczemy przez 10 minut (ten czas dotyczy gofrownic o słabszej mocy, ja mam taką 3w1 z opiekaczem i naprawdę daje radę). 
  6. Przed pieczeniem kolejnych gofrów nie ma potrzeby smarowania gofrownicy olejem, wystarczy jeden raz przed pierwszym gofrem. 
  7. Podajemy z truskawkami, bitą śmietaną, roztopioną białą czekoladą i posypujemy posiekanymi pistacjami. 
  8. Smacznego! 




Drożdżówki z rabarbarem i budyniem śmietankowym

Drożdżówki z rabarbarem i budyniem śmietankowym

drożdżówki z rabarbarem

Pora pożegnać kapryśny i zimny maj czymś słodkim. Przed nami piękny, piękny weekend czerwcowy! Jak patrzyłam na prognozy pogody, to maj może się zawstydzić i wziąć lekcję na przyszłość. Wszystkie kwiaty kwitną z opóźnieniem, truskawki ciągle zielone, ale nie ma tego złego. Sezonu truskawkowego w sumie nawet jeszcze w kuchni nie zaczęłam, ale spokojnie mogę razem z majem pożegnać sezon rabarbarowy. 

Szparagów też w sumie pojadłam, nawet dzisiaj, ale na nie przyjdzie tu na blogu jeszcze pora. Teraz zapraszam na drożdżówki, które miały być w sumie ciastem z rabarbarem, ale jak mam mało czasu, to często komplikuję sobie pracę jeszcze bardziej i zamiast wyłożyć, nałożyć, posypać i upiec, zaczęłam się bawić w kilkanaście małych bułeczek. 

Warto było, bo wszyscy, którzy spróbowali (a było tych osób trochę) powiedzieli, że znakomite! Jedyną osobą, która została nieprzekonana do połączenia budyniu z rabarbarem, była Hania (choć sam budyń lubi bardzo  i sam rabarbar też). No, takie gusta różna mamy w rodzinie :) 

drożdże z rabarbarem

Ciasto drożdżowe:
na ok. 12 drożdżówek 
  • 1 szklanka mleka 
  • 40 g świeżych drożdży 
  • 100 g cukru 
  • 450-500 g mąki pszennej  
  • 80 g miękkiego masła 
  • 1 jajko 
  • szczypta soli 
oraz
  • 2 budynie śmietankowe 
  • 0,5 l mleka 
  • 2 łyżki cukru (jeśli budyń jest bez cukru) 
  • 5-6 łodyg rabarbaru (najlepiej dolne czerwone części) 
Kruszonka z płatkami owsianymi:
  • 100 g mąki krupczatki lub zwykłej pszennej
  • 50 g cukru 
  • 50 g miękkiego masła 
Przygotowanie:
  1. Drożdże rozpuszczamy w letnim mleku, mieszamy z cukrem i łyżką mąki. Odstawiamy zaczyn na na ok. 15 min. wyrośnięcia.
  2. Do miski wsypujemy mąkę, dodajemy wyrośnięty rozczyn, jajko, szczyptę soli i roztopione masło. Wyrabiamy ciasto, aż będzie gładkie. Odkładamy w misce w ciepłe miejsce na ok. 20 min do wyrośnięcia. Wyrośnięte ciasto dzielimy na ok. 12 równych części (można na więcej mniejszych lub mniej większych). W rękach formujemy krążki, zostawiając cieńszy środek, a wyższe i grubsze brzegi. Przekładamy na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia i poprawiamy wgłębienie w środku każdej drożdżówki. 
  3. Połowę mleka doprowadzamy do wrzenia, w pozostałej części rozprowadzamy budynie z cukrem i wlewamy do gotującego się mleka. Odstawiamy do lekkiego przestudzenia. 
  4. W tym czasie rabarbar myjemy i kroimy na 1-2 cm kawałki. Rabarbaru nie obieramy, nie ma takiej potrzeby. Jeśli pokrojony jest na małe kawałki nic nie będzie się ciągnąć, a rabarbar będzie miał ładny różowy kolor.
  5. Kruszonka: masło rozcieramy palcami w misce razem z mąką i cukrem, aż powstanie sypka kruszonka.
  6. Do wgłębienia w każdej drożdżówce nakładamy sporą łyżkę budyniu. Na budyń nakładamy rabarbar (dość obficie) i posypujemy kruszonką, lekko dociskając do rabarbaru, budyniu i brzegów drożdżówki. 
  7. Pieczemy w nagrzanym piekarniku ok. 25-30 min. w temperaturze 180 stopni.
  8. Smacznego!

drożdżowe z rabarbarem

drożdżówki z rabarbarem

ciasto z rabarbarem


Zajączki z ciasta francuskiego

Zajączki z ciasta francuskiego

zajączki z ciasta francuskiego

zajączki z ciasta francuskiego

Jestem fanką przepisów, gdzie pracy nie ma za dużo, a efekt robi wrażenie. Kiedy pokazałam TE zajączki dzieciom, zachwytom nie było końca. A że w weekend obchodziliśmy urodziny Frania, w składzie skromnym co prawda, ale za to z fajerwerkami na miarę 9-latka, to miałam idealną okazję na upieczenie dodatkowej porcji słodkości. 

Przed nami kolejne święta w tych dziwnych czasach... O ile rok temu myśleliśmy, że to na chwilę, tak coraz częściej zastanawiamy się co dalej i jak długo. Zostawiam wielkanocne zajączki, które zdaje się całą sytuację mają gdzieś. Są z gotowego ciasta francuskiego, roboty przy nich tyle co nic. A uśmiechu dostarczą, zapewniam :) Tego akurat bardzo potrzebujemy. Kalorii trochę mniej. 


Składniki: 
  • 2 rulony ciasta francuskiego 
  • 60 g masła
  • 2 łyżki cukru 
  • 1 łyżeczka cynamonu 
  • krem na ogonki - może to być bita śmietana usztywniona trochę żelatyną lub krem maślany (masło utarte z cukrem pudrem)  lub mascarpone z roztopioną białą czekoladą (tego kremu właśnie użyłam). 
Przygotowanie:
  1. Miękkie masło mieszamy z cukrem i cynamonem. 
  2. Jeden rulon (wyciągnięty z lodówki 10 minut przed użyciem) rozwijamy i rozsmarowujemy na nim masło z cukrem i cynamonem (nr 1).
  3. Dłuższe brzegi zostawiamy puste, tak na ok. 2 cm. Smarujemy je wodą. Nakładamy drugi rulon ciasta i dłuższe brzegi dociskamy widelcem. 
  4. Kroimy na paski o szerokości ok. 2-3 cm, najlepiej za pomocą noża do pizzy (nr 2).
  5. Każdy pasek zwijamy tak, jak byśmy chcieli utworzyć cyfrę 8, tylko z uszami (nr 3) i przekładamy na blaszkę. 
  6.  Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 190 stopni z termoobiegem przez ok. 12-15 minut. 
  7. Wystudzone dekorujemy białym kremem w miejscu, gdzie powinien być ogonek. 
  8. Smacznego!

Zajączki z ciasta

zajączki z ciasta francuskiego

przepisy na wielkanoc


Ciastka z kawałkami czekolady

Ciastka z kawałkami czekolady

american cookies

Pisałam już kiedyś, że mój mąż jest fanem programów kulinarnych? Nie? To jakieś niedopatrzenie z mojej strony. Ogląda i czasami zdarza się, że rzuca hasłem: o, to mogłabyś zrobić! Żeby nie było, że mógłby sam zakasać rękawy i upiec, muszę od razu stanąć w jego obronie. Tak, on też wchodzi do kuchni, gotuje, sprząta  po sobie (i po mnie hehe), ale słodkich wypieków się nie tyka.  

I tak słyszę: o takie byśmy zjedli! Słyszysz? Takie mogłabyś upiec i zjedlibyśmy z lodami. Uwielbiam "takie mogłabyś zrobić". Ciastka, które przełożone są lodami nie mogą być ani za słodkie, ani za twarde, ani za bardzo płaskie, ani nie za wysokie. I jak przewidzieć ich średnicę, skoro wiem, że tego typu ciastka rozlewają się z reguły na blaszce? 

Doszłam na koniec internetu, przeczytałam zagraniczne blogi z hasłem "best cookies with chocolate chips", gdzie miara podawana jest w amerykańskich kubeczkach, której do dziś nie rozkminiłam poprawnie. Wszędzie jednak składniki powtarzały się mniej więcej te same. Masło, mąka, jajko, soda lub proszek i oczywiście czekolada. Dodałam trochę mąki owsianej (brawo ja!), połączyłam sodę i proszek, cukier miałam zmieszany, bo kiedyś do puszki z brązowym cukrem dosypałam biały i tak już zostało. 

Nie wiem czy zdjęcia oddają strukturę i konsystencję tych ciastek. Wyszły w pytę, to mało powiedziane! Zapisuję sobie składniki i ich wagę podczas pieczenia, zastanawiam się wtedy często, czy coś z tego wyjdzie. I przyznaję się - nie zawsze wychodzi :) Wtedy nie publikuję, nie robię zdjęć, a to co wyszło zjadam w milczeniu ;) Mam kilka takich perełek na swoim koncie. Ale te ciastka to jest półka Premium w tym moim zeszycie z zapiskami. Zostają ze mną na zawsze i mam nadzieję, że z Wami również. Miłego!  

cookies with chocolate chips

Składniki:
  • 170 g masła
  • 1 jajko 
  • 100 g cukru (50 g trzcinowego, 50 g białego)
  • 100 g mąki owsianej 
  • 180 g mąki pszennej 
  • 100-120 g gorzkiej czekolady 
  • 3/4 płaskiej łyżeczki sody oczyszczonej 
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • kilka kropel ekstraktu waniliowego 
  • szczypta soli 
Przygotowanie:
  1. Masło ucieramy z cukrem trzcinowym i białym na puszystą masę. Dodajemy jajko i nadal ucieramy, najlepiej przy pomocy miksera lub robota kuchennego. 
  2. Do masy dodajemy obie maki, sodę, proszę, sól i ekstrakt z wanilii. Mieszamy, aż wszystkie składniki się połączą. Masa powinna być dość kleista, ale nie za luźna. 
  3. Na samym końcu dodajemy posiekaną czekoladę lub gotowe "chocolate chips" i delikatnie mieszamy za pomocą silikonowej szpatułki lub drewnianej łopatki. 
  4. Blachę do pieczenia wykładamy papierem, piekarnik nagrzewamy do 170 stopni. 
  5. Z ciasta robimy kulki. Możemy nabierać ciasto stołową łyżką i wtedy formować kulki. Ilość ciasta z jednej łyżki będzie idealna. Kulki nie powinny być większe niż średniej wielkości orzech włoski. 
  6. Kulki układamy w dość sporych odstępach od siebie, ponieważ podczas pieczenia się rozpłaszczą. 
  7. Pieczemy przez 12-14 minut. Ciastka powinny być ładnie zarumienione z wierzchu. Odstawiamy do wystudzenia. 
  8. W wersji "na bogato" można je przełożyć lodami. Nadają się do tego idealnie. 
  9. Smacznego!

ciastka z kawałkami czekolady

cookies with chocolate chips

amerikan cookies with icecream

ciastka z czekolada

ciastka z lodami


Ciasteczka z nasionami chia

Ciasteczka z nasionami chia


To nasze ciasteczka kwarantannowe, wypatrzone przez córkę na TikToku. Nie wiedziałam, że tam też są przepisy, a był moment, że sama zainstalowałam tę aplikację, bo wkręciliśmy się rodzinnie w nagrywanie filmików z Rodzinki.pl. To tak już pod koniec kwarantanny. Fajnie nam to wychodziło, a niektóre dialogi na stałe weszły pod nasz dach. 

Zostały też z nami ciasteczka. Najczęściej piecze je samodzielnie Hania, ja pomagam jeszcze przy piekarniku. Kiedy razem jesteśmy w kuchni, to dochodzi do spięć, bo Hania musi mieć przygotowane wszystko od A do Z, a mąki nie może być więcej o pół grama, niż w napisane w przepisie. A jak się okazuje, ze nie ma czekolady i te ciastka NA PEWNO nie wyjdą, to już jest prawdziwy dramat. 

Tłumaczę i pokazuję, że jak ciepnie łyżkę masła orzechowego zamiast tej czekolady, to ciastka też wyjdą i dalej będą dobre ;) Baza bazą, ale w dodatkach można poszaleć i na pewno niejeden eksperyment jeszcze przed nami, bo ciastka są naprawdę dobre. Towarzyszyły nam podczas wakacji, podczas jednodniowych wycieczek, a teraz sprawdzają się w śniadaniówkach do szkoły. 

Mają tylko jeden minus. Na pierwszy rzut oka przypominają mini kotlety mielone i niekoniecznie kojarzyć się muszą z ciasteczkami. Kilka osób już tak na nie zareagowało :) 


Składniki:
  • 160 g masła
  • 130 g cukru trzcinowego
  • 300 g mąki pszennej (można dać pełnoziarnistą)
  • 2 łyżeczki nasion chia
  • 100 ml gorącej wody 
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • kilka kropli ekstraktu waniliowego
  • 100 g posiekanej gorzkiej czekolady 
  • szczypta soli 
Przygotowanie:
  1. Nasiona chia zalewamy gorącą wodę i odstawiamy na kilka minut. 
  2. Masło ucieramy z cukrem, dodajemy namoczone nasionka chia, mąkę wymieszaną z proszkiem, szczyptę soli i ekstrakt waniliowy. 
  3. Mieszamy, dodajemy posiekaną czekoladę i zagniatamy ciasto. Odstawiamy na 30 minut do lodówki. 
  4. Formujemy kulki wielkości orzecha włoskiego, układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i delikatnie każdą kulkę spłaszczamy. 
  5. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 170 stopni przez ok. 15-17 minut. 
  6. Smacznego!



www.VD.pl
Copyright © bistro mama , Blogger