Print Friendly Version of this pagePrint Get a PDF version of this webpagePDF

piątek, 19 sierpnia 2016

Moja CEWE FOTOKSIĄŻKA


Po burzy jaką wywołał jeden mój wpis na FB, należy się wszystkim małe dementi. Pokazałam zdjęcie mojej kulinarnej książki, nie napisałam jednak, że to fotoksiążka, bo dla mnie to było oczywiste, a nie pomyślałam, że dla kogoś może to być zupełnie inny sygnał. Posypały się pytania gdzie będzie można ją kupić i że nawet ktoś chciałby z autografem... Nie muszę chyba pisać, jak miłe to były słowa dla mnie i jak bardzo mnie one zaskoczyły. I za to z całego serca dziękuję ♥

Nigdy nie miałam ambicji, żeby wydać książkę. Nigdy o tym poważnie nie myślałam, choć czasami lubię sobie pomarzyć... Ale ani pomysłu na taką książkę nie mam. Bo co takiego wyjątkowego mogłabym w niej pokazać poza tym, co jest już na rynku? Ciasto drożdżowe, naleśniki i pierogi z truskawkami? Nie kombinuję ze składnikami, gotuję proste potrawy, a eksperymentuję wtedy, kiedy w lodówce zabraknie mi jajek albo w szafce mąki. Mam też to szczęście, że dzieci nie są alergikami, a jedyny problem żywieniowy polega na tym, że nie lubią pomidorów ;)

Nie mam też czasu na książkę. Albo inaczej. Szkoda mi czasu, bo wiem ile poświęcam na blog, na dodatkowe projekty, w które ciągle się angażuję i które sprawiają mi wiele radości. W głowie mam kolejny pomysł, ale na razie negocjuję z mężem bo to co sobie wymyśliłam... o tym może kiedyś. Albo w ogóle ;)

Tak więc nie wydałam książki, ale wydałam własną fotoksiążkę kulinarną. Kiedy dostałam propozycję od CEWE, to pomyślałam, że to kolejna fajna przygoda, która nie zaistniałaby pewnie, gdybym te 5 lat temu nie założyła bloga. 

 

Kontakt z firmą od samego początku był bardzo dobry. Dostałam wolną rękę, link do programu i kilka wytycznych. O każdej porze dnia (od 6.00 do 22.0) mogłam dzwonić na infolinię i pytać specjalistów, jeżeli przy projektowaniu pojawiłby się jakiś problem. Z tego koła ratunkowego skorzystałam raz, ale dziś już nie pamiętam o co mi wtedy chodziło ;) 

Sam program jest bardzo intuicyjny, choć szczerze przyznaję, że jak otworzyłam go pierwszy raz, to pomyślałam: matko, nie dam rady... za stara już jestem na takie sprawy! Ale krok po kroczku i po kilku wieczorach miałam już szkic własnej fotoksiążki gotowy. Podzieliłam ją sobie na trzy rozdziały. Jeden z potrawami tylko dla mnie (czyli szpinak w roli głównej, sok z buraka itp.), drugi dla męża (tutaj mięso, mięso i panierowany camembert) i trzeci dla dzieci (pierogi z jagodami, pankejki, kotleciki). Wyszło pięknie! Najwięcej czasu zajęło mi sformatowanie przepisów, bo fotoksiążka kulinarna to jednak nie tylko zdjęcia, to też całkiem sporo tekstu, który trzeba dopasować, wyrównać, ujednolicić... W programie jest wiele atrakcyjnych dodatków (np. kolorowych teł, ozdobników itp.), z których można korzystać do woli, ale pamiętać też należy, żeby nie przesadzić ;)


Kiedy książka była już gotowa, zostałam zaproszona do firmy CEWE. Był piękny czerwcowy dzień, wzięłam w pracy urlop, Hania zrobiła sobie wagary w szkole, wsiadłyśmy do samochodu (w tajemnicy przed Franiem) i pojechałyśmy do Kędzierzyna-Koźla. Zostałyśmy oprowadzone po firmie i mogłyśmy zobaczyć kilka procesów od początku do końca. Miałam nosa biorąc ze sobą Hanię, bo ona uwielbia takie przygody, z dużym zainteresowaniem patrzyła jak drukują się np. zdjęcia na kubkach i oczywiście po powrocie do domu bawiła się w laboratorium fotograficzne. Miała okazję zobaczyć tradycyjne filmy do aparatu (ciągle w obiegu!) czy cały proces produkcji fotoksiążki. Ile ich tam było! I jakie piękne niektóre! Każda taka książka przechodzi przez kontrolera jakości, czyli przez ręce pani w białych rękawiczkach, która potrafi wyłapać każdą skazę i każdą parę czerwonych oczu na zdjęciach. 

 

W studiu opowiedziałam o tym jak wyglądała praca nad własną fotoksiążką. Filmik z tej rozmowy można obejrzeć
---------------->  TUTAJ  <---------------

Pełna relacja na stronach CEWE:

Książki nie można nigdzie kupić. Taka forma wydruku nie jest na sprzedaż. Jest wyłącznie do użytku własnego, czyli mojego, najbliższych. Już teraz ma dla mnie olbrzymią wartość sentymentalną, bo wiem, że będzie wspaniałą pamiątką dla dzieci, a może i dla wnuków. Nie możecie więc kupić mojej książki, ale... możecie stworzyć własną! Pomyślcie, a ja wracam do projektowania kolejnej CEWE FOTOKSIĄŻKI, tym razem nie kulinarnej. Książki na 80-te urodziny mojego kochanego Teścia :)

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Racuszki z bananem


Wakacje uciekają jak szalone. Zostały ledwie dwa tygodnie... Liczę, że wrzesień i październik przyniosą ze sobą dużo słońca i zdążymy się nim nacieszyć zanim nastaną słoty i szarobure jesienne dni. Jakby nie patrzeć, zarówno wakacje, jak i długie wieczory, są idealną okazją do czytania książek :) A już kilka razy chciałam napisać o dwóch książkach, które skradły mi serce i umysł. 

sobota, 6 sierpnia 2016

Tarta ze śliwkami (bez pieczenia)


Śliwki, które odziedziczyłam na działce po Panu Henryku wyjątkowo wcześnie zaowocowały.
Taka odmiana. W ubiegłym tygodniu zrobiłam z nich pierwsze ciasto, a dosłownie przed chwilą skończyłam wekować powidła, a w piekarniku właśnie siedzi ciasto drożdżowe ze śliwkami, rzecz jasna :)

wtorek, 2 sierpnia 2016

Placuszki z gotowanych ziemniaków (moskole)



Chciałabym napisać wprost, że to moskole, ale nie mam takiego prawa. O moskolach wiem tyle, co o odłowie tołpygi w Chinach... Jadłam je dwa razy w życiu. Pierwszy raz w pensjonacie w Murzasichlu i wtedy powiedziałam do dzieci: wow, dzisiaj są racuszki na obiad! Nie muszę chyba pisać jakie było ich zdziwienie kiedy zamiast słodkich drożdżowych racuchów spróbowali czegoś, co w smakowało jak usmażona śląska kluska ;)