Print Friendly Version of this pagePrint Get a PDF version of this webpagePDF

poniedziałek, 1 września 2014

Żegnamy wakacje, witamy szkołę. Polska wersja S'morsów.

 
Żegnamy wakacje, witamy szkołę i żłobek :) Wrzesień to zawsze zmiany w życiu rodziny, to trochę taki nieformalny sylwester. Franek idzie do starszej grupy w żłobku. Hania zaczyna zupełnie nowy etap w życiu - szkołę. Jako rodzice mamy wiele wątpliwości, pewnie jak większość innych. W środku buzuje tysiąc myśli i obaw, ale wierzę, że będzie dobrze.

Za nami dwa miesiące wakacji, w tym dwa tygodnie wspólnego wypoczynku. Tydzień cudnego pobytu agroturystyce, gdzie dzieci wyprowadzały zwierzęta na spacer, doiły krowę, piły jeszcze ciepłe mleko, jeździły codziennie na kucyku, zbierały jajka od kur i przynosiły chrust z lasu na ognisko. Wieczorem kąpaliśmy dwóch kocmołuchów, a rano nie mogliśmy dobudzić ich na śniadanie. Drugi tydzień spędziliśmy nad polskim morzem, z którym ja osobiście przeprosiłam się po 15-letniej przerwie :) Morał powakacyjny mam taki, że ważne gdzie, ważne w jaką pogodę, ale najważniejsze jest to z KIM spędzasz urlop :)


Polska wersja amerykańskich s'morsów. Nie mieliśmy ani specjalnych ciasteczek ani czekolady Hershey's. Ale były pianki marshmallow i było ognisko.

  • pianki marshmallow
  • czekolada mleczna z nadzieniem toffi (choć wskazana jest gorzka)
  • kruche ciasteczka/wafelki/ew. krakersy
Rozkładamy parami ciasteczka lub wafelki, na jednym ciasteczku z pary kładziemy kostkę czekolady. Najlepiej, żeby czekolada była cienka, ale w jedynym czynnym sklepie w okolicy nie było wyboru. Kupiłam więc czekoladę mleczną z nadzieniem toffi, żeby trochę łatwiej się topiła. 

Pianki delikatnie opalamy nad ogniskiem (w warunkach domowych można to zrobić nad palnikiem gazowym). Kładziemy tak opaloną piankę na ciastku z czekoladą, przyciskamy delikatnie drugim ciastkiem i wyciągamy patyczek, na którym mieliśmy umocowaną piankę marshmallow).

Smacznego!



Trochę wspomnień... Moja piratka. 
Mały człowiek i morze.
Wakacje na wsi, czyli dzieciom funduję teraz to, co sama w dzieciństwie miałam za darmo. Mało tego, wrócimy tam na pewno! Wróciło wiele wspomnień, dźwięk ciągnika wieczorem, na polu. Kombajn, snopowiązałka. Ściernisko, które rani nogi. Jeżyny i jagody zrywane prosto z krzaków. Malowanie kredą na ulicy. Radość na buziach i słowa: mamo ja nigdy nie chcę stąd wyjechać!

Wakacje na wsi.
Owoce lasu.
Wakacje, obowiązkowy punkt programu. Gofry.
















Po powrocie przemeblowaliśmy pokój Hani, zmieściliśmy biurko. Tornister kupiony, zeszyty, pióro dla leworęcznych i kolorowe wycinanki. Od września wracamy też na zajęcia taneczne.
Do szkoły gotowi, start!
Szykując Hanię do szkoły, wspominamy z mężem nasz start w szkole. 
On pamięta niewiele. Mówi, że harcówkę i przytykanie języka do żelaznej bramy w mroźny dzień. 
Strzelanie z białych kulek i grę w kapsle. 
Ja pamięć mam trochę lepszą, choć chciałabym z tych chwil zapamiętać jeszcze więcej.
Pamiętam...
mój pierwszy tornister, z żółto-brązowego skaju, z pomarańczowymi szkiełkami odblaskowymi,
kredki z misiem, 
granatowy fartuszek z białym kołnierzykiem, 
plakietkę "wzorowy uczeń" w późniejszych klasach,
okładki podręczników i szarobure zeszyty, okładane tapetą, która została cioci po remoncie,
chińskie pióro z taką miękką tutką na atrament,
w zimie kozaki Relaksy, a w lecie tenisówki z Czech,
autobus szkolny, 
warcaby na świetlicy, 
pierwszą ocenę "dostateczną" za zakładkę do książek, bo krzywa była, choć wyklejona orzechami wyciętymi z opakowania po niemieckiej czekoladzie, 
strzelanie makaronem z łyżek na stołówce, 
pierwszy bunt dziewczyny kontra chłopaki, 
moje ósme urodziny (nie wiem dlaczego zapamiętałam właśnie te najbardziej),
zapach szkolnej biblioteki i jednakowe szare obwoluty na wszystkich książkach,
pierwszą laurkę od chłopaka,
pracownię ZPT,
tańce szkolne, 
płyn Lugola. 
hymn szkolny "Szpalerem drzew i małym mostkiem", ale całego już nie umiem sobie przypomnieć...
numer w dzienniku, przeważnie 17-ty,
wszystkich nauczycieli,
Dzieci z Bullerbyn i Karolcię z niebieskim koralikiem.


wtorek, 26 sierpnia 2014

Misiankowa szarlotka


O tej szarlotce słyszałam już dawno. Pierwszy raz zobaczyłam ją w dodatku do Gazety Wyborczej  Obok zdjęcia szarlotki było również zdjęcie Pani Misi Zielińskiej, właścicielki kawiarenki Misianka z Warszawy. To właśnie od niej pochodzi nazwa tego ciasta. Zaznaczyłam karteczką z nadzieją, że kiedyś do niego wrócę. Ale przez lata się nie składało... 

sobota, 23 sierpnia 2014

Pieczona kukurydza z masłem, czosnkiem i miodem


Nie jestem fanką kukurydzy, gdyby na wakacjach nie przypomniała mi o niej rodzina, mogłyby mijać długie lata, a ja zapomniałabym o jej istnieniu. Nie kupuję kukurydzy nad żadnym festynie, u sprzedawcy na plaży, przy wejściu do zoo, ani w żadnym innym podobnym miejscu. Ale jak dzieci proszą, to się łamię :)

wtorek, 19 sierpnia 2014

Schab pieczony w szynce w sosie z boczniaków


Zawsze uważałam, że upieczenie porządnej sztuki mięsa do niemałe wyzwanie. Zdania nie zmieniłam do tej pory, ale teraz przynajmniej wiem, na co należy zwrócić uwagę, planując obiad z mięsem w roli głównej. Nigdy nie zapomnę, kiedy jakiś czas temu uparłam się, że na obiad muszę mieć cielęcinę, a że zbliżał się długi weekend, to szanse dostania dobrej sztuki mięsa malały. Zadzwoniłam do jednego z lepszych sklepów mięsnych w mieście, sam pan rzeźnik przekonywał mnie, że ma dla mnie wyśmienitą łopatkę cielęcą. Wysłałam więc szybko po te zakupy męża, który już po wszystkim chciał mnie udusić za całą akcję, za cenę tego mięsa i za obiad, którego praktycznie nie było, bo nie dało się wykroić sensownego nieprzerośniętego kawałka.