Pierwsza taka historia na blogu.
Pierwsze ciastka, których sama nie upiekłam,
a zrobiłam im zdjęcia i opublikowałam na blogu.
a zrobiłam im zdjęcia i opublikowałam na blogu.
Dostałam je o 7 rano, kiedy jeszcze nie do końca wiedziałam
o co chodzi i miałam na nosie okulary o jakieś dwie dioptrie za słabe.
Chociaż o tych ciastkach słyszałam już wcześniej.
Od Mimnie, czyli Anety.
Kobiety szalonej i obdarzonej niezwykłym darem mówienia i pisania.
I nie tylko :) Bo prowadzi też blog Kafkazkotem.
Przepis na ciastka pochodzi od jej Babci.
Poniżej możecie przeczytać historię powstania tych ciastek.
Smutnej historii, bo z czasów okupacji.
Przepis nie jest dokładny, ale nic w tym przepisie nie zmieniałam, o nic więcej nie dopytywałam. Niech pozostanie taki prawdziwy, babciny.
Przepis nie jest dokładny, ale nic w tym przepisie nie zmieniałam, o nic więcej nie dopytywałam. Niech pozostanie taki prawdziwy, babciny.
Zrobię te ciastka już niebawem.
Teraz tylko powiem, że nigdy nie domyśliłabym się, że zawierają drożdże. Są kruche, maślane (o dziwo!) i rozpływają się w ustach. Hipnotajzin :) Duża buźka Mimnie!