Slider

Polecane - wpisz "nie" jeśli nie chcesz tego gadżetu

Print Friendly Version of this pagePrint Get a PDF version of this webpagePDF
Bułeczki bao z krewetkami

Bułeczki bao z krewetkami


Latem ciągle jesteśmy w ruchu, w każdy weekend szkoda pogody i korzystamy z tego ile się da. Na blogu z tego powodu zwykle dzieje się mniej, bo szkoda jasnego dnia na ślęczenie przy laptopie, obrabianie zdjęć i pisanie przepisów. Choć zdjęć mam dość sporo, bo jednak gotuję i od czasu do czasu zdjęcie pstryknę.

Jesienią wieczory dłuższe, to i przepisów będzie więcej. Mogę śmiało powiedzieć, że od 10 lat utrzymuję ten trend. Lubię szukać nowości i testować przez weekend na rodzinie, nie zawsze ku ich uciesze. Często szukam inspiracji na przepisy.pl, najczęściej w tygodniu, kiedy czasu mało, w lodówce jakieś trzy składniki na krzyż, które do siebie nie pasują, a moja głowa nie podsuwa żadnych pomysłów, to tam zawsze coś znajdę. Łatwo się szuka, dobrze filtruje, więc wiecie… Jak macie suszone grzyby, paprykę i kawałek imbiru, to wyszukujecie je na portalu, a przepis na bułeczki bao, który znajdziecie tutaj sprawi, że obiad lada moment będzie gotowy. Chciałabym kiedyś taki porządek wprowadzić u siebie na blogu.

Bułeczki bao to azjatycka wersja naszych bucht. Ciasto niemal to samo. Różni je jeden składnik – dodatek proszku do pieczenia. Przejrzałam kilkanaście przepisów. Niektóre są na samej wodzie, niektóre na mleku, niektóre z dodatkiem śmietany kremówki. W jednych jest więcej cukru, w drugich mniej, ale w każdym przepisie występuje mix drożdży (najczęściej instant) z proszkiem. Nie znam się na procesach chemicznych, zachodzących w cieście podczas pieczenia, zaufałam więc tym, którzy bułeczki piekli przede mną.

bułeczki bao

Składniki na bułeczki:

  • ok. 450 g mąki pszennej
  • 150 ml wody
  • 150 ml mleka
  • 20 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka cukru
  • 3 łyżki oleju
  • 1 płaska łyżeczka soli

Przygotowanie: 

  1. Przygotowujemy zaczyn. Do miski wlewamy mleko i wodę, dodajemy drożdże, cukier i łyżkę mąki. Odstawiamy na 15 minut do wyrośnięcia. Dodajemy mąkę, proszek do pieczenia, olej i sól. Wyrabiamy gładkie i elastyczne ciasto, które nie powinno kleić się do rąk.
  2. Formujemy kulę i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na ok. 1 ½ godziny. Kiedy ciasto wyrośnie, dzielimy je na 10-12 równych części. Każdą z nich rozwałkowujemy, nadając owalny kształt.
  3. Przygotowujemy dwa rozmiary papieru do pieczenia (12 szt. większych, mniej więcej o wymiarach 15 x 15 cm i 12 szt. mniejszych – 8 x 8 cm). Rozwałkowane ciasto smarujemy z wierzchu olejem, układamy na kawałku papieru do pieczenia posmarowaną częścią do dołu, smarujemy również olejem z wierzchu, zginamy na pół i pomiędzy dwie połówki wkładamy mniejszy kawałek papieru do pieczenia. Zapobiegnie to sklejaniu się bułeczek od środka
  4. Bułeczki gotujemy na parze – w garnku na sicie wyłożonym ściereczką lub w parowarze. Gotowanie powinno trwać ok. 12-15 minut. Delikatnie wyjmujemy i podajemy z przygotowanymi wcześniej składnikami.

Sos:

  • 2 łyżki majonezu
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 2 łyżki sosu sojowego
  • szczypta chili
Dodatki:
  • ok. 30 szt. średniej wielkości krewetek
  • 1 łyżka masła
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 zielony ogórek
  • dowolny mix sałat
  • marchewka pokrojona w cienkie słupki
  • czarny sezam

Przygotowanie:

  1. Majonez mieszamy z pozostałymi składnikami.
  2. Krewetki obieramy ze skorupek i jeśli trzeba – oczyszczamy. Podsmażamy na maśle z dodatkiem czosnku przez kilka minut.
  3. Bułeczki bao smarujemy lekko sosem, dodajemy sałatę, plasterki ogórka, marchewkę i krewetki. Skrapiamy kroplami sosu z wierzchu i posypujemy czarnym sezamem.


bułeczki bao



Opolanie, dziś bardzo Was o coś proszę!

Opolanie, dziś bardzo Was o coś proszę!


Dziś przepis na coś fajnego dla dzieci. Opolanki i Opolanie, bo do Was dziś piszę. Popatrzcie proszę na zdjęcia poniżej. To boisko w szkole, do której chodzi dwoje moich dzieci i blisko 500 innych uczniów.  

Na tym boisku są lekcje wychowania fizycznego, na to boisko wychodzą dzieci, które spędzają czas przed lekcjami (lub po lekcjach) z paniami ze świetlicy. Oprócz zdewastowanego asfaltu, który ciągle służy za miejsce do grania w nogę i kopania piłek do bramek bez siatek, jest jeszcze mały plac zabaw, z którego korzystają uczniowie z najmłodszych klas. Ile razy jestem w szkole - zawsze widzę tam dzieci i nauczycieli. Widzę też ich - na razie oczami wyobraźni - na nowym kolorowym i przede wszystkim bezpiecznym boisku. Wiem, że ta wizja jest bardzo realna, ale żeby mogła się spełnić nie wystarczy marzyć, nie wystarczy przeczytać, ba! nie wystarczy nawet napisać i złożyć projekt. Potrzeba chwili zaangażowania i poświęcenia ok. trzech minut na osobę, żeby oddać głos w Budżecie Obywatelskim Miasta Opola. 

W kategorii ogólnomiejskiej mamy 24 projekty. Każdemu z nich  szczerze życzę jak najlepiej, bo każde zgłoszone zadanie świadczy o tym, że rozrasta się świadome obywatelstwo społeczne. Miasto daje nam pieniądze na tacy, a my musimy wiedzieć na co je wydać tak, aby służyło mieszkańcom miasta. Sercem jestem za łąkami kwietnymi, zaczytanym Opolem, placem zabaw dla dorosłych, czy ogrodem wertykalnym. Patrząc jednak na to boisko dla dzieci, mam poczucie, że wymienione projekty to dobra wyższego rzędu. To trochę tak, jakbym zalegała z rachunkami za prąd, ale w sumie to mając trochę pieniędzy, kupiłabym nową torebkę. No nie wyobrażam sobie, żeby nie powalczyć o nowe boisko w XXI wieku. Takie same warunki na WF-ie miałam w 1987 roku. A już warunki na rozbiegu do skoku w dal na pewno były lepsze. Opis całego projektu można przeczytać TUTAJ

Proszenie o głosy nie jest łatwe. Przerabiałam kilka razy i obiecałam sobie - nigdy więcej. Żadnych smsowych głosowań na blog roku, przepis roku i człowieka roku. Moje doświadczenie mówi - to żenujące i podłe doświadczenie. Nie umiem w takie internety. Ale jak to mawiała moja mama - czasami trzeba schować honor do kieszeni. Blog prowadzę od ponad 10 lat, poświęciłam mu dużo czasu i pasji, nie wyobrażam więc sobie, żebym w takiej sprawie nie wykorzystała jego możliwości. Jesteście tu ze mną, czasami czytacie, czasami komentujecie. Jeśli dziś o coś mogę Was prosić - to proszę o głos na nowe boisko dla dzieci ze szkoły nr 21 i mieszkańców centrum, w samym sercu Opola.   


Opolanki i Opolanie, Znajomi i Nieznajomi!

Zagłosujcie proszę na projekt ogólnomiejski 

22/22 

KOMPLEKS SPORTOWO-REKREACYJNY PRZY PUBLICZNEJ SZKOLE PODSTAWOWEJ NR 21 IM. OBROŃCÓW POKOJU W OPOLU

KLIKNIJ I ZAGŁOSUJ


Głosować mogą mieszkańcy Opola, bez limitu wiekowego, czyli nawet najmłodsze pociechy. 









To jeszcze raz :) 

Projekt ogólnomiejski 22/22 

KOMPLEKS SPORTOWO-REKREACYJNY PRZY PUBLICZNEJ SZKOLE PODSTAWOWEJ NR 21 IM. OBROŃCÓW POKOJU W OPOLU

KLIKNIJ I ZAGŁOSUJ

DZIĘKUJĘ!!

Pieczone awokado z sosem chipotle majo

Pieczone awokado z sosem chipotle majo

pieczone awokado

Dzień dobry, dzień dobry! Mówiłam w maju, że za jakiś tydzień już wrzesień? No i proszę, wszystko się zgadza. Staram się z całych sił chłonąć  wiosnę, lato i ciągle mało i za szybko. Jak Hania była mała, wstawała rano i pytaliśmy jak spała, odpowiadała nam: mao i zieee. Więc tak mam z kolejnym latem, które właśnie minęło. 

Jesień jest piękna. Lubię jesienne temperatury, jesienne kolory i ubrania. Ale nie lubię faktu, że po złotym czasie przychodzi miesiąc nocy (tak widzę listopad), później chwilę lepię uszka, czekam na gości i znowu jestem w dwóch miesiącach, które kojarzą mi się z poczekalnią albo jakąś kolejką do lepszego, czyli do wiosny. 

Ale nie byłabym sobą, gdybym tych miesięcy nie doceniała. Można wtedy bez specjalnych wyrzutów sumienia leżeć pod kocem z książką, wyjadać łyżeczką śliwki pod kruszonką i popijać ziołowe herbatki. Można też znaleźć czas na nowe dania i przekąski.  Choćby jak to z awokado, które powstało w wyniku... nadmiaru awokado. Do wyboru miałam - albo nutella albo piekę. Dzieci odmówiły nutelli, więc została wersja wytrawna. 

Można jeść  na zimno i na ciepło. Tylko po przekrojeniu awokado należy sprawdzić, czy nie jest gorzkie. Do tego sos chipotle, moje odkrycie tegorocznych wakacji! Mieszam go również z sałatkami do pracy. Papryczki chipotle można kupić np. w Kauflandzie.  



Składniki:
  • 2 szt. awokado 
  • 1 jajko 
  • 2 łyżki mąki 
  • 3-4 łyżki startego parmezanu 
  • 5-6 łyżek panierki panko 
Przygotowanie: 
  1. Awokado obieramy i usuwamy pestkę. Kroimy na ósemki. 
  2. Przygotowujemy trzy miski: 
    • do pierwszej wsypujemy mąkę
    • do drugiej wbijamy jajko i roztrzepujemy widelcem 
    • w trzeciej mieszamy parmezan z panierką panko 
  3. Kawałki awokado obtaczamy najpierw w mące, później w jajku, a następnie w mieszance parmezanu z panko. 
  4. Układamy na blaszce i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez ok. 20-25 minut, na złoty kolor. 
  5. Podajemy z dipem ( u mnie sos chipolte majo) 
Sos chipotle majo:
  • 2 papryczki chipotle z zalewy 
  • 5 łyżeczek majonezu
  • 3 łyżeczki jogurtu naturalnego (lub tylko majonez)
  • 2 łyżeczki soku z cytryny lub limonki
Przygotowanie: 
          Wszystkie składniki miksujemy razem. 






Na koniec wakacji...

Na koniec wakacji...


Ktoś czyta jeszcze blogi? Bo to, że po przepisy ciągle ktoś zagląda widzę po statystykach. Książki kulinarne przeniosły się do internetu. Sama tu szukam pomysłów, raz na jakiś czas sięgam po czasopisma i książki. Ale blogi jako takie powoli przenoszą się na instastories, tik toki i pewnie na coś jeszcze, czego nie znam, bo jestem za stara ;) 

Mam wrażenie, że świat ciągle przyspiesza. Technologia mu w tym pomaga, a pandemia wcale nie przeszkodziła. Ma być szybko, chwytliwym skrótem myślowym i żeby się klikało. To co jeszcze wczoraj było hitem, dziś już spadło na sam dół facebookowego walla i nikt o tym nie pamięta. W tym szalonym tempie minęło właśnie lato i za chwilę powitamy jesień. 

Pisałam kiedyś, że już maju zaczynam czuć lekki niepokój z powodu zbliżającego się września, który nomen omen bardzo lubię, podobnie jak październik i kolejne jesienno-zimowe miesiące, bo w weekend można zawinąć się w kocyk i czytać bezkarnie książki i nikt nie ma argumentu, żeby gdziekolwiek mnie wyciągnąć.  Jednak szkoda mi gorących dni, ciepłych wieczorów i wszystkich sukienek, które mam w szafie. Sukienki to temat kolejny, bo właśnie takim latem nie ma lepszej garderoby do pracy, na spacer, na wieczorne wyjście ze znajomymi. 

Na pożegnanie wakacji, na pożegnanie też lata - danie lekkie i przyjemne. Na bazie pomidorów, tych najlepszych, bo sierpniowych. W żadnym innym miesiącu pomidory nie smakują tak jak teraz. Zapraszam na prosty makaron z pomidorkami i bazylią. W przepisie nie obowiązują żadne gramatury i proporcje. To danie, które ratuje wakacyjny wyjazd, podczas którego czasami trzeba coś ugotować ;) 

obiad na lato

Składniki: 
  • ulubiony makaron, dobrze komponują się szerokie wstążki typu pappardelle
  • pomidory malinówki, koktajlowe, jakiekolwiek...
  • listki bazylii, garść lub dwie
  • kilka ząbków czosnku 
  • dobra oliwa, może być smakowa (np. z rozmarynem i cytryną)
  • sól ziołowa lub jakakolwiek inna
  • może być też pieprz  
Przygotowanie: 
  1. Pomidory te większe kroimy w kostkę, koktajlowe wystarczy na pół. Razem ze skórką. 
  2. W rondlu rozgrzewamy oliwę i wrzucamy przeciśnięte przez praskę lub drobno posiekane ząbki czosnku. Podsmażamy ledwie chwilę, żeby czosnek nie zbrązowiał. 
  3. Dodajemy pomidory i chwilę razem dusimy, aż pomidory puszczą sok, zmiękną i zrobi się "sosik". 
  4. Na koniec dodajemy posiekane lub porwane na kawałki listki bazylii. Doprawiamy do smaku solą i ew. pieprzem.
  5. Makaron gotujemy wg czasu podanego na opakowaniu. Nakładamy na talerze, dodajemy pomidorki i gotowe!
  6. Smacznego!






Stajnia na Warszawskiej

Stajnia na Warszawskiej


Mój pobyt w Stajni na Warszawskiej to trochę przypadek, trochę szczęścia, trochę splotów różnych okoliczności. Zacznę od tego, że choć wychowałam się na wsi i kontakt ze zwierzętami miałam codziennie, to od zawsze bałam się koni. Uwielbiałam na nie patrzeć, głaskać, podziwiać oczy, ale przerażała mnie ich masa i siła. Nigdy nie czułam potrzeby, żeby na nich jeździć. 

Mam kolegę z czasów szkoły średniej, z którym po 20 latach odnowił mi się kontakt. Miał trafić do kogoś innego, a wszedł do mojego biura. Patrzy na mnie i mówi: Justyna? Ja na niego i mówię: Mariusz? Zaczęliśmy rozmawiać i tak od słowa do słowa... On mówi, że ma stadninę, że zaprasza do polubienia na FB, że zaprasza do odwiedzin, że fajnie tam mają, a będzie jeszcze fajniej...  Dziękowałam uprzejmie i mówiłam, że może kiedyś. No nie do końca moja bajka...

W tym roku trzeci tydzień urlopu, jak zwykle miałam spędzić w Opolu. Kiszę wtedy ogórki, myję okna, nadrabiam przepisy, zdjęcia, zakupy i szykuję się powoli na powrót do pracy. Od kilku lat schemat się powtarza - dwa tygodnie w terenie, tydzień ja z dziećmi w domu, mąż w pracy. Spokój, rutyna, no tak jak lubię. I byłoby wszystko tak samo, gdyby nie polubiony przeze mnie profil Stajni na Warszawskiej  i zdjęcia pokoi dla gości, które się wyświetliły. Pomyślałam: a może tak zabiorę dzieci i pojadę na kilka dni? Ogórki zdążę zrobić, okien nie umyję, nie posprzątam, świat się nie zawali, a przynajmniej rodzinne strony odwiedzę. Z dziećmi na miejscu pogotuję. Bo o koniach jakoś specjalnie nie myślałam.

Pojechałam z trójką dzieci (dwoje moich i kolega Frania). Najpierw odwiedziliśmy głubczycki basen, na którym ostatni raz byłam pod koniec ubiegłego wieku. I nie ukrywam - im bliżej zameldowania w Stajni, tym większy miałam ścisk w żołądku i myśl, co ja tam w sumie będę robić...

O jakie było moje zdziwienie w dniu wyjazdu. Jaki w sercu miałam smutek, że to już koniec i trzy dni uciekły jak mrugnięcie okiem. W dniu, w którym przyjechałam wpadłam do magicznej szafy. Inaczej tego nie nazwę. A dzieci razem ze mną. Przeżyłam tam piękny czas, poznałam cudownych ludzi. Szaleńców, zapaleńców, wariatów! Nie obraźcie się na mnie Asiu, Mariuszu, Jarku, Violu, Aniu... i Zdzisiu. Tworzycie miejsce, do którego ciągną ludzie z całej Polski. Przeczytałam opinię na Google i na Bookingu. To nie tylko moje zdanie i nie tylko moje odczucia. Stajnia na Warszawskiej to nie tylko miejsce, gdzie można wykupić jazdę konną. To miejsce z cudownymi ludźmi, którzy mają czas dla swoich gości, którzy zwyczajnie tych gości lubią i chcą, aby czuli się jak u siebie. 

Jak już tak posłodziłam, to dodam jeszcze, że praktycznie nie miałam tam dzieci, choć pojechałam z trójką. Dzieci czują się tam jak na wakacjach u babci na wsi. Jest stodoła ze specjalnym placem zabaw z siana i całym torem przeszkód, są gokarty... są koty i jest pies Mike. Jak to powiedział Franek: to jest najmądrzejszy pies, jakiego poznał. Najwierniejszy przyjaciel, spokojny i do zagłaskania, a przy tym pies, który gra w piłkę jak szalony, choć jego wiek wskazuje już na psią emeryturę. 

Ja wstawałam rano, przed dziećmi. Jak nie ja, bo ja nie jestem ani sową, ani skowronkiem. Lubię wcześnie chodzić spać i lubię rano dłużej pospać. A tu wstawałam po szóstej, bo wiedziałam, że pan Jurek będzie wyprowadzał konie na łąkę. Najpierw załapałam się przypadkiem, a później już czekałam na pana Jurka. I ta ja, która nie dość, że lubi pospać, to i do koni jej nie ciągnie, wstawała rano, żeby przeżyć te piękne poranki, usłyszeć przy uchu rżenie i zobaczyć jak wybiegają na pastwisko. Jakie są przy tym majestatyczne, silne i wolne. 

Później szłam na kawkę i najczęściej spotykałam kogoś, kto przy tej kawie mi towarzyszył. Kuchnia jest wspólna dla wszystkich mieszkańców, świetnie wyposażona z lodówkami dla gości. Nikt nikomu w drogę nie wchodzi, a jak mleka do kawy zabraknie to zawsze ktoś trochę pożyczy, zagada, uśmiechnie się. Obiady można gotować samemu, a można też chodzić do miasta (albo zamówić na dowóz).  A Stajnia jest jakby w mieście... Trochę tak, że jak się siedzi przed tymi cudnymi drzwiami z agroturystyki, to miasto jest z tyłu, a wieś z przodu. Hałasu miejskiego zero, przed tylko stodoły, pola i konie, a jak do sklepu potrzeba, to w klapkach idzie się w drugą stronę 200 metrów. 

W jedno przedpołudnie potowarzyszyłam dzieciom z przedszkola w warsztatach kulinarnych. Bo gdybym chciała napisać, że je prowadziłam, to chyba trochę bym skłamała ;) Dzieci cudnie dawały radę, pomagały panie przedszkolanki i Viola z córką, bez których bym przepadła... Smażyłam pankejki, dzieci zajadały aż miło, robiły deserki i testowały różne smaki. Byłam pod wrażeniem, z jaką otwartością i chęcią próbowały to, czego nie widziały, bo miały zawiązane oczy. Te warsztaty to była taka chwila, kiedy czułam, że nie mogłam trafić do piękniejszego miejsca i do lepszych ludzi. Myślałam że jak opiszę to z perspektywy czasu, to emocje mi trochę opadną, ale nic z tego. Piszę i uśmiecham się do siebie na wspomnienie tych chwil. Dziecięcy gwar, piękna klimatyczna wiata, siodła jeździeckie na płotku, w tle galopujący koń... Takie momenty zatrzymuję w sercu na zawsze. 

Zostawiam Wam namiary na Stajnię na Warszawskiej. 
To moje zadośćuczynienie za to, jak sceptycznie podchodziłam do tego miejsca. 

ul. Warszawska 29
49-100 Głubczyce 
📧 stajnianawarszawskiej@wp.pl 

794 440 312 Jarek Zagwocki - Sprawy organizacyjne i nocleg
667 750 886 Mariusz Mielnik - Urodziny i imprezy

Nie wiem jak z obłożeniem pokoi i jazdą konną, ale to wszystko można ustalić telefonicznie, albo dostępność sprawdzić na booking.com

Zobaczcie na stronie galerię zdjęć pokoi.  Ja niestety nie zrobiłam zdjęć w środku, a te pokoje są przepiękne! Klimatyczne, rustykalne, z dbałością o detale. Wiele mebli jak autentycznie starych, ale wspaniale odnowionych. Podłogi zapierają dech w piersiach, a schody prowadzące na piętro, to już w ogóle bajka. To wszystko zobaczycie na stronie, a tu zapraszam do obejrzenia tych zdjęć, które w czasie mojego pobytu udało mi się zrobić :) Przestrzeń wokół jest ogromna i piękna. Teren jest fantastycznie zagospodarowany (ile to czasu właścicielom zajęło wiedzą tylko oni ich bliscy...). 

Oprócz oferty, którą znajdziecie na stronie, jest jeszcze coś. Lekcja darmowej ludzkiej życzliwości. Będę tam wracać tak często, jak tylko będę mogła.  




































Drożdżowe rollsy  z jagodami

Drożdżowe rollsy z jagodami


Kto nie lubi jagód, niech pierwszy rzuci... no może nie kamieniem ale borówką amerykańską albo jagodą kamczacką. Osobiście nie znam nikogo i niech tak zostanie. 

W tym roku jagód jest dużo, a Górach Izerskich to można zostać jagodowym Bezosem w jeden dzień! Jest ich tu miliony! Starczy dla wszystkich turystów, a dodatkowy plus jest taki, że te tereny są jeszcze do końca nieskomercjalizowane. 

Trochę górek w tym roku dołożyliśmy do naszych wypraw. Były Trzy Korony, Nosal, Rycerzowa, Rysianka i Hala Lipowska. Była Ostrzyca, Hala Izerska i słynna Chatka Górzystów z naleśnikami słynnymi na całą Polskę. Żeby je jednak zjeść, trzeba na piechotę przejść co najmniej 8 km w jedną stronę. Naleśniki dość nietypowe, bo z ciasta biszkoptowego, bardziej przypominają więc puszysty omlet, a w połączeniu z serem i sosem jagodowym smakują jak wielki kawał domowego ciasta u cioci na imieninach.

Do brzegu jednak. Klasyczne jagodzianki w tym roku ciągle przede mną (to mój ulubiony przepis). A dziś zapraszam na rollsy jagodowe z kardamonem, na wzór przepisu na szwedzkie drożdżówki Jamiego Olivera. Te są jednak zdecydowanie łatwiejsze w przygotowaniu. 



ciasto:
  • 30 g świeżych drożdży lub 7 g suszonych 
  • 375 ml ciepłego mleka
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
  • 2 jajka
  • szczypta soli
  • 200 g cukru
  • 50 g stopionego masła
  • 800 g mąki (ok. 500 g do ciasta, reszta do podsypywania)
nadzienie:
  • 400 g opłukanych i oczyszczonych z listków jagód
  • 75 g brązowego cukru
  • skórka starta z 1 cytryny
oraz:
  • brązowy cukier do posypania

Drożdże rozpuszczamy w ciepłym mleku w miseczce i odstawiamy na bok (jeśli są świeże, suszone dodajemy z pozostałymi składnikami). Jajka lekko ubijamy ze szczyptą soli w dużej misce. Dodajemy do nich sproszkowany kardamon, cukier, stopione masło, 500 g mąki i mleko z drożdżami (lub mleko i suszone drożdże). Dodając kolejne składniki, cały czas mieszamy całość trzepaczką lub drewnianą łyżką, aż uzyskamy gęstą kleistą masę. Dodajemy ok. 200 g pozostałej mąki i zaczynamy wrabiać ciasto rękami. Pozostawiamy je w misce, którą odkładamy w ciepłe miejsce na godzinę lub do momentu, aż ciasto podwoi swoją objętość. 

W tym czasie umyte jagody przekładamy do miski, dodajemy cukier i ścieramy skórkę z cytryny.

Blachę wykładamy papierem do pieczenia, piekarnik rozgrzewamy do 180 st.

Ciasto rozwałkowujemy na stolnicy tak, aby miało kształt prostokąta. Podsypujemy na bieżąco mąką, żeby nie kleiło się do stolnicy i do wałka. Nakładamy jagody równomiernie na rozwałkowanym cieście, zwijamy je następnie w rulon i kroimy na mniej więcej 12 części.

Układamy rollsy na blaszce, pozostawiając między nimi niewielki odstęp i posypujemy brązowym cukrem. Zostawiamy do wyrośnięcia na ok. 20 minut.

Kiedy bułeczki urosną pieczemy je przez 25-30 minut, aż będą ładnie zarumienione z wierzchu. 

Smacznego!




Copyright © bistro mama , Blogger